Prawdziwe Serce I Dance with Witches
Jul 04, 2026Niektóre historie opowiadają o miejscach, które odwiedzamy. Inne o ludziach, którzy na zawsze nas zmieniają. To jest właśnie jedna z nich.
W ubiegłym roku, podczas Nocy Walpurgii w Niemczech, Deanna – NorWitch – i ja nagrywałyśmy wywiady do filmu dokumentalnego I Dance with Witches, jednocześnie świętując z naszymi przyjaciółmi z Wolfshager Hexenbrut. To właśnie tam po raz pierwszy poznałam Alicję Tomaszewską oraz niezwykłe kobiety z Wiedźmuch z Polski.
To, co miało być jednym z wywiadów do naszego filmu, bardzo szybko przerodziło się w przyjaźń, która odmieniła kolejny rok mojego życia.
Zanim tego lata wyruszyłyśmy do Polski, Alicja napisała do mnie wiadomość, dzięki której zrozumiałam, że ten wyjazd będzie czymś znacznie więcej niż festiwalem czy obchodami jubileuszu.
Opowiedziała o rodzącej się międzynarodowej wspólnocie kobiet – siostrzeństwie wiedźm – opartym na historycznej pamięci, artystycznym wyrazie poprzez taniec i kostium oraz realnym działaniu na rzecz kobiet.
Jej misja poruszyła mnie do głębi.
"Łączy nas pamięć o kobietach, które w przeszłości palono na stosach za ich wiedzę, intuicję i niezależność. Przekształcamy tę historię w siłę. Poprzez wspólny taniec, rytuał kostiumu wiedźmy oraz międzynarodową współpracę dążymy do podniesienia statusu i poprawy sytuacji kobiet we współczesnym świecie."
Misją było również odzyskanie znaczenia słowa „wiedźma” – nie jako symbolu czegoś, czego należy się bać, lecz jako obrazu kobiety mądrej, twórczej, intuicyjnej, niezależnej i silnej.
Byłam głęboko wzruszona, kiedy dowiedziałam się, że w gronie założycielek tej międzynarodowej wspólnoty znajdą się przedstawicielki Polski, Niemiec i Stanów Zjednoczonych: Alicja Tomaszewska, Antje Wedde oraz ja – Lisa Zinsius Supka.
Już w chwili, gdy nasz samolot wylądował w Polsce, poczułam, że zaczyna się coś niezwykłego.
Na lotnisku czekała na nas nasza tłumaczka – rudowłosa, boso, z piegami namalowanymi na twarzy, promiennym uśmiechem i ubrana jak wiedźma nie od święta, lecz na co dzień. Prawie nikogo wcześniej nie znała, a jednak miałam wrażenie, jakby sam wszechświat postawił ją dokładnie tam, gdzie powinna być.
Już po kilku chwilach czułam, jakby należała do naszej rodziny.
To uczucie tylko się pogłębiło, gdy dotarłyśmy do pięknego wiejskiego siedliska – starej stodoły zamienionej w pełne ciepła miejsce, rozświetlonego migoczącymi światełkami i otoczonego zielenią.
Kiedy wysiadłyśmy z samochodu, kobiety z Wiedźmuch przywitały nas pieśnią „Savage Daughter”.
Stojąc obok naszych niemieckich sióstr z Wolfshager Hexenbrut, otoczone nowymi polskimi siostrami, nagle przestałam odczuwać, że dzieli nas język.
Rozumiałyśmy się we wszystkim, co naprawdę miało znaczenie.
Potem Alicja ujęła mnie i Antje za ręce.
Poprowadziła nas leśną ścieżką oświetloną świecami aż nad spokojne jezioro.
Tam, pośród drzew, uczestniczyłyśmy w czymś naprawdę wyjątkowym.
Nie była to jedynie ceremonia na naszą cześć.
Było to przyjęcie nowych członkiń do Wiedźmuch – rytuał, który nie odbywał się od wielu lat.
Stałam obok Alicji i Antje, gdy witała nowe kobiety w siostrzeństwie.
Choć rozumiałam bardzo niewiele z wypowiadanych po polsku słów, moje serce rozumiało wszystko.
W tamtej chwili nie byłyśmy kobietami z trzech różnych krajów.
Byłyśmy po prostu siostrami.
Z każdym kolejnym dniem nasze więzi stawały się coraz silniejsze.
Do naszego grona dołączyły także siostry z Bułgarii. Razem zwiedzałyśmy zamki i urokliwe miasteczka pełne historii. Każdy posiłek spożywałyśmy przy jednym, długim stole, gdzie rozmowy toczyły się mimo różnych języków. Śmiałyśmy się razem, odkrywając, że historie naszych żyć jako kobiet są do siebie znacznie bardziej podobne, niż mogłybyśmy przypuszczać.
W ciągu tego tygodnia zrozumiałam, że siostrzeństwo nie potrzebuje wspólnego języka.
Potrzebuje otwartych serc.
Śmiałyśmy się z tych samych sytuacji, pomagałyśmy sobie nawzajem ubierać kostiumy przed występami, dzieliłyśmy wspólne posiłki przy jednym stole i obejmowałyśmy się po zakończonych tańcach.
Mimo że mówiłyśmy różnymi językami, zawsze rozumiałyśmy to, co naprawdę było ważne.
Dokądkolwiek jechałyśmy, towarzyszył nam wiedźmi kapelusz.
A gdziekolwiek się pojawiałyśmy, ludzie uśmiechali się do nas. Dzieci machały z radością. Mieszkańcy z życzliwością przyjmowali tę niezwykłą grupę kobiet ubranych jak wiedźmy, śmiejących się, tańczących i cieszących się życiem.
Nie sposób było nie zauważyć, jak bardzo ten obraz różni się od lęku, który przez wieki towarzyszył słowu „wiedźma”.
Pewnego popołudnia odwiedziłyśmy zamek w Reszlu — miejsce, gdzie spalono na stosie ostatnią kobietę oskarżoną o czary w Polsce.
Jej historia głęboko mnie poruszyła.
Po tym, jak narzeczony ją zdradził, miała powiedzieć:
"Niech spłonie."
Kilka dni później ogromny pożar strawił miasto, a winą obarczono właśnie ją.
Kiedy stanęłam przed jej portretem, wydarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę.

Cień mojego wiedźmiego kapelusza padł dokładnie na jej głowę.
Przez krótką chwilę historia przestała być odległą opowieścią.
Pomyślałam, że mogła być każdą z nas.
Każdą kobietą oskarżoną z powodu strachu, przypadku, swojej niezależności lub po prostu dlatego, że ktoś musiał ponieść winę.
Ten obraz pozostał ze mną jeszcze długo po opuszczeniu zamku.
Dzień festiwalu przyniósł zupełnie inną energię.
Rok wcześniej, podczas Nocy Walpurgii w Niemczech, przeżyłam coś, czego nigdy wcześniej nawet sobie nie wyobrażałam — wjechałam na święto na tylnym siedzeniu motocykla Harley-Davidson, otoczona setką wiedźm.
Na kilka tygodni przed moimi sześćdziesiątymi urodzinami pomyślałam wtedy:
„Ale jestem niesamowicie odważna!”
Był to jeden z tych momentów, które przypominają, że życie wciąż potrafi nas zaskakiwać.
W tym roku Polska podarowała mi to samo uczucie.
Przemierzanie polskich lasów, wiosek i pól na tylnym siedzeniu Harleya, wśród dziesiątek wiedźm w powiewających sukniach, z miotłami w dłoniach, było ponownie jednym z najbardziej ekscytujących doświadczeń mojego życia.
Ludzie stali przy drogach, machali do nas i wiwatowali, a cały ten barwny korowód wywoływał uśmiechy wszędzie, gdzie się pojawił.
Patrząc na tę niezwykłą scenę, niespodziewanie przyszła mi do głowy zabawna myśl.
„Jeśli umrę właśnie teraz, to moje wspomnienie na pogrzebie będzie naprawdę niezwykłe... Umarła przebrana za wiedźmę, jadąc na Harleyu przez ulice Europy, otoczona przez inne wiedźmy.”
Na szczęście przeżyłam, żeby móc o tym opowiedzieć.
Ale nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo żywa.
Sam festiwal był pięknym świętem polskiej kultury, historii i lokalnej społeczności.
Każda grupa taneczna zaprezentowała własne choreografie i tradycje, pokazując swoją wyjątkową tożsamość.
A potem wydarzyło się coś wyjątkowego.
Wszystkie razem zatańczyłyśmy „Shake Your Bacon” — oryginalny taniec stworzony przez Wolfshager Hexenbrut, od którego wiele lat temu wszystko się zaczęło.
Stojąc tam razem — kobiety z Polski, Niemiec, Bułgarii i Stanów Zjednoczonych — nie mogłam przestać myśleć o tym, jak jeden taniec przerodził się w prawdziwe przyjaźnie, międzynarodowe siostrzeństwo i wspólną misję, która wciąż się rozwija.

Kiedy nasze kostiumy nie dotarły na czas, Deanna i ja miałyśmy zaledwie kilka minut, aby przygotować się do występu. Bez chwili wahania otoczyły nas nasze siostry – zacieśniały gorsety, zapinały spódnice, poprawiały stroje i pomagały nam przygotować się na scenę w rekordowym tempie. Uśmiechnęłam się, bo uświadomiłam sobie, że taka scena mogłaby wydarzyć się w każdym zakątku świata. Za kulisami tancerki wiedźm mówią tym samym językiem. Choć reprezentowałyśmy Stany Zjednoczone tylko we dwie, tańczyłyśmy całym sercem. Podczas naszego występu do utworu „Wicked” rozdawałyśmy dzieciom wiedźmie kapelusze i wymieniałyśmy uśmiechy z tancerkami ze wszystkich krajów. Kiedy rozbrzmiały słowa piosenki „For Good”, nie mogłam przestać myśleć o tym, jak głęboko te kobiety już odmieniły moje życie. Później tego wieczoru, przebrana za Glindę, tańczyłam z dziećmi pośród piany i baniek.

Były zachwycone świecącymi wiankami i światełkami, które zdobiły mój strój – widokiem niemal baśniowym w miejscu, gdzie nie organizuje się renesansowych festiwali. Patrząc na ich radość, po raz kolejny zrozumiałam, że magia rodzi się z wyobraźni i chwil, które dzielimy z innymi. Nic z tego nie wydarzyło się przypadkiem. Alicja i kobiety z Wiedźmuch włożyły niezliczone godziny pracy w stworzenie wydarzenia, które z niezwykłą hojnością przyjęło każdego z gości. Dzięki sponsorom zapewniono nam posiłki, transport i niezapomniane atrakcje. Spotykałyśmy się z przedstawicielami lokalnych społeczności, zwiedzałyśmy historyczne miasta i przeżywałyśmy chwile głębokiego wzruszenia, między innymi podczas koncertu organowego w przepięknej bazylice, gdzie poruszające się anioły dopełniały niezwykłej atmosfery. Polskie lato ma w sobie własny rodzaj magii. Słońce wschodziło już około trzeciej nad ranem, rozświetlając krajobraz na długo przed naszym przebudzeniem. Każdego ranka zasiadałyśmy do wspólnego śniadania z naszymi siostrami z Niemiec i Bułgarii, a potem rozpoczynał się kolejny dzień pełen przygód. Zamki, urokliwe miasteczka, koncerty, świętowanie i wspólne posiłki splatały się w kolejne rozdziały historii, którą pisałyśmy razem. Nasz ostatni wieczór miał w sobie to samo ciepło i tę samą magię co pierwszy. Po raz kolejny zebrałyśmy się przy ognisku, dzieląc się tradycyjnym polskim jedzeniem, śmiechem, opowieściami i wdzięcznością. Nie przypominało to pożegnania. Bardziej celebrowałyśmy wszystko, czego wspólnie doświadczyłyśmy. To właśnie wtedy Alicja opowiedziała, jak Wiedźmuchy narodziły się w jednym z najtrudniejszych momentów jej życia. To, co zaczęło się jako sposób na odnalezienie bliskości i wsparcia, z czasem przerodziło się w międzynarodowe siostrzeństwo. Podziękowała Antje Wedde i Wolfshager Hexenbrut za stworzenie pierwszego tańca, który przed laty zapoczątkował ten niezwykły ruch i ostatecznie połączył nas wszystkie. Słuchając jej, uświadomiłam sobie, że ta podróż stała się czymś znacznie większym niż film dokumentalny. Po rozmowach z kobietami z różnych zakątków świata zrozumiałam, że prawdziwa magia nigdy nie tkwiła w kostiumach, choreografii ani nawet w samych festiwalach. Prawdziwa magia rodzi się wtedy, gdy obce sobie kobiety stają się siostrami. Gdy historia staje się uzdrowieniem. Gdy kobiety z różnych krajów odkrywają, że od zawsze opowiadały tę samą historię. To właśnie jest prawdziwe serce „I Dance with Witches”. Tańczymy, aby uczcić kobiety, które były przed nami. Tańczymy, aby świętować kobiety, które stoją dziś obok nas. I tańczymy po to, aby budować przyszłość, w której siła, intuicja, kreatywność i współczucie będą postrzegane jako dary, a nie powody do lęku. Tańczymy dla pokoju, miłości i jedności.